Przejdź do treści

Marcin Ostojski - ÜpenWord

Pomiń menu
MARCIN OSTOJSKI
Nie jestem futurologiem. I to jest dobra wiadomość.
Skąd patrzę?
Z Bytomia. I to prawdopodobnie ma znaczenie.
Dorastałem w mieście, w którym przyszłość zawsze miała nadejść zaraz po następnej zmianie.
Kopalnie, huty, familoki, ciężka praca i bardzo prosta umowa społeczna: człowiek pracuje, dostaje wypłatę, wychowuje dzieci, a jeśli wszystko pójdzie dobrze — kiedyś odpocznie.
Potem okazało się, że kopalnia może zniknąć. Huta również. Zawód, który miał wystarczyć na całe życie, może przestać istnieć szybciej niż człowiek zdąży się go nauczyć.
Bytom nauczył mnie więc czegoś, czego nie nauczyłby mnie żaden kurs futurologii:
rzeczy, które wydają się wieczne, zwykle wieczne nie są.
Dlatego kiedy dzisiaj słyszę, że jakiś system, zawód, instytucja albo sposób życia „zawsze będzie potrzebny”, zaczynam się robić podejrzliwy.
Bo przyszłość ma paskudny zwyczaj.
Nie pyta nas o zgodę.

Dlaczego piszę?
Nie piszę po to, żeby przekonywać ludzi, że mam rację.
Świat zmienia się zbyt szybko, żeby rozsądny człowiek mógł być pewny swoich odpowiedzi na długo.
Znacznie bardziej interesuje mnie inne pytanie:
a dlaczego właściwie musi być właśnie tak?
Dlaczego pracujemy tak, jak pracujemy? Dlaczego odkładamy życie na emeryturę? Dlaczego technologia, która miała oszczędzać nam czas, coraz częściej domaga się całej naszej uwagi?
Nie mam gotowych odpowiedzi na wszystko.
I dobrze.
Bo książka, która odpowiada na wszystkie pytania, jest dla mnie znacznie bardziej podejrzana niż książka, po której zostaje kilka nowych.
Kim właściwie jestem?
Nie jestem futurologiem, naukowcem ani zawodowym przepowiadaczem przyszłości. Nie mam też kryształowej kuli, co w czasach sztucznej inteligencji może być nawet zaletą.
Jestem człowiekiem, który żyje wystarczająco długo, żeby pamiętać kilka przyszłości, które miały nadejść — i nigdy nie nadeszły. Pamiętam też rzeczy, które jeszcze niedawno należały do fantastyki, a dziś nosimy je w kieszeni i denerwujemy się, kiedy bateria nie wytrzymuje do wieczora.
Urodziłem się w Bytomiu. I chyba właśnie tam nauczyłem się jednej rzeczy, która została mi do dziś: świat najlepiej obserwuje się nie z piedestału, tylko z poziomu ulicy.
Interesują mnie ludzie, technologia, polityka, pieniądze, wiara, starzenie się, praca i wszystkie te wielkie systemy, które podobno powstały po to, żeby ułatwiać nam życie.
Najbardziej jednak interesuje mnie moment, w którym przestają je ułatwiać.
A dlaczego Wielki Wnuk?
W „Roku 2084” często rozmawiam z Wielkim Wnukiem.
To wygodny rozmówca. Przede wszystkim dlatego, że jeszcze nie może zaprotestować przeciwko temu, co wkładam mu w usta.
Ale jest też drugi powód.
Kiedy próbujemy wyobrazić sobie przyszłość, łatwo zacząć mówić o technologii, sztucznej inteligencji, gospodarce i wielkich systemach. Wszystko robi się wtedy bardzo poważne i bardzo abstrakcyjne.
Wielki Wnuk sprowadza te wszystkie rozważania do jednego prostego pytania:
jak świat, który budujemy dzisiaj, będzie wyglądał z perspektywy człowieka, który uzna go kiedyś za normalny?
Być może spojrzy na nasze życie i będzie nam zazdrościł.
Być może będzie się z niego śmiał.
A być może zapyta:
— Dziadku, wy naprawdę tak żyliście?
I wtedy będziemy musieli coś odpowiedzieć.
Wróć do spisu treści